Właśnie układam się do popołudniowej drzemki, ale zanim zasnę, muszę podzielić się z Wami tym, co przyszło mi do głowy.


Odkąd zaczęłam pracować, mój plan dnia wygląda zupełnie inaczej niż do tej pory. Wyjeżdżam z domu około 10.45 rano. 40 minut w drodze. O 11.30 jem obiad ze wszystkimi kolegami i koleżankami w pracy i w południe zaczynamy serwis obiadowy, który kończy się między 14.30 a 16.30. Czasami wracam do domu (kolejne 40 minut w jedną stronę) i przyjeżdżam na 19.30 na serwis wieczorny, ale zdarza mi się, tak jak dzisiaj, zostać na miejscu. Wtedy drzemkę ucinam sobie w samochodzie. Do domu wracam między północą, a 2. nad ranem.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to głupie, że cały dzień nie ma mnie w domu, muszę być okropnie zmęczona. Ale wiecie co? Przecież to było moje marzenie! Pracować. 

Doceniam każdy ciężki poranek, kiedy tak trudno ściągnąć z łóżka zmęczone nogi. Doceniam każdy kilometr drogi, nawet późną nocą, w deszczu i mgle. Doceniam drzemki w samochodzie, powroty do domu późną nocą i ciężkie dni w pracy.

Za mało w życiu doceniamy. Kiedy pada deszcz chcemy słońca, kiedy ono nareszcie świeci, jest nam za gorąco. Marzymy o pracy, niezależności finansowej, a potem narzekamy, że trzeba rano wcześnie wstawać. A przecież to jest właśnie życie. Jeśli już coś wybraliśmy, znajdujemy się w pewnym punkcie, warto wyciągać z tego momentu wszystko co najlepsze. 

Uśmiech, optymizm, zapał. To chcę wnosić wszędzie tam gdzie jestem. Wierzę, że mamy realny wpływ na świat, nawet jeśli jest nim moja praca, rodzina, dom. 

Mogłabym usiąść załamana i płakać, że nie po to mam tyle lat szkoły i doświadczenie zawodowe, żeby teraz być kelnerką. Ale przecież to wspaniałe być kelnerką. Uwielbiam moich klientów, uwielbiam widzieć jak wychodzą uśmiechnięci, dziękują i wracają znowu. Uwielbiam patrzeć na zakochane pary, które dzięki nam spędzają magiczny, romantyczny wieczór i na rodziny z dziećmi, które czują się u nas mile widziane. 

Mam nadzieję, że Wy też kochacie swoje małe światy. Podzielcie się tym ze mną proszę.
Poznając mojego V. i decydując się na związek z nim, liczyłam się od samego początku z nieustanną tęsknotą. Emocje, które rodzi każde pożegnanie, są ogromne. Pisałam już na blogu o smaku pożegnań (TUTAJ) i chyba wiele z Was rozumie doskonale  co to znaczy czekać i tęsknić, bo post ten okazał się najchętniej czytanym do tej pory na blogu. Dzisiaj jednak będzie o drugiej stronie medalu, czyli o smaku powitania.

Dodaj napis


Strategia przetrwania czteromiesięcznej misji V, ma jedno podstawowe założenie - nie wyobrażać sobie zbyt często jego powrotu. Nie wyobrażać sobie chwili powitania, zaurzenia się w jego szerokich, ramionach. Nie myśleć o pocałunkach, którymi obsypie moją twarz ani o jego zapachu. 
Pod żadnym pozorem nie odtwarzać w głowie filmu nakręconego przy pomocy fantazji. 

Scena pierwsza:

Widzę go z daleka. Przez ramię ma przerzuconą wojskową torbę, a na plecach wypchany po brzegi plecak. Już zapomniałam jaki jest przystojny. Zauważa mnie i powoli idzie w moim kierunku. Ja, mimo najszczerszych chęci, nie jestem w stanie biec do niego, bo nagle cała tęsknota, niewylane łzy i niewypowiedziane przez cztery miesiące słowa, odbierają mi siłę w nogach i uświadamiam sobie, że to jednak był nadludzki wysiłek. Że bolało bardziej niż chciałam się przyznać przed samą sobą, ale przede wszystkim przed nim. Że właśnie teraz, w tej jednej chwili wyczerpała się moje siła.

Scena druga:

Siedzę w samochodzie, po stronie pasażera. Nareszcie nie muszę prowadzić, bo obok jest on. Trzyma swoją dłoń na moim kolanie. Wyciągam rękę i drapię go po karku - tak jak lubi, a on się uśmiecha. Zamykam oczy i odpływam. Zasypiam i budzę się, a on wciąż jest, nie znika. Mogę spać spokojnie. 

Scena trzecia:

Stolik na tarasie restauracji, zachód słońca, szum fal. Nigdzie się nie spieszymy, nic nie musimy. Owoce morze, czekoladowy deser, szampan, wino. Spacer po plaży, tylko my dwoje. Doceniamy każdą sekundę, cieszymy się sobą, tak jakbyśmy spotykali się od kilku tygodni. 


Jak widzicie, jakoś słabo mi idzie nie odtwarzanie tego filmu. Im mniej czasu zostało do końca misji, tym częściej takie obrazy stają mi przed oczami. Pewnie dlatego też czas zaczyna płynąć jak gdyby trochę wolniej. I już sama nie wiem czy dokręcić kolejne sceny, czy też zaprzestać wyobrażać sobie w nieskończoność słodki smak powitania, z obawy przed wariactwem ;) 

Może tymczasowo zadowolę się smakiem czekolady na pocieszenie, a Was zostawiam z pięknym filmem, z jednego z naszych powitań na lotnisku.

Dla wszystkich, którym film nie wyświetla się poprawnie, wrzucam odnośnik si Facebooka'a



David Wills "Metamorfozy Marilyn Monroe"


Polki uchodzą w świecie za bardzo piękne kobiety. Dbamy o siebie, lubimy się malować, stroić. Nie wszystkie z nas oczywiście, bo przecież ile kobiet, tyle różnych spojrzeń na kobiecość.

Za mną ten temat chodzi już od jakiegoś czasu. Dlaczego? Dlatego, że odkąd mieszkam we Francji, dużo się dla mnie i we mnie zmieniło w temacie kobiecości. Ale może po kolei.

Smak radości

W tym, że jestem Kobietą przez duże "K", zorientowałam się mając jakieś 24 lata. Wtedy właśnie rozpoczęłam odkrywanie własnego gustu, stylu. Oszalałam na pukcie naszych kobiecych sztuczek. Makijaż, fryzura, szpilki, sukienki, fryzjer i szaleństwo zakupowe. Wtedy też zakochałam się w sporcie, więc wyobraźcie sobie ile miałam energii i radości w sobie. Ah jaki to był piękny czas. Komplementy, męskie spojrzenia, pewność siebie szybująca w przestworza. Na tym właśnie haju poznałam V. Nie było więc opcji żeby nie uległ ;) 

Dobre złego początki

Oczywiście zawsze wiedziałam, że uroda, czy markowe ubrania, to nie jest to, co czyni nas dobrymi ludźmi, kobietą czy mężczyzną. Wiedziałam, że to nasze wnętrze, umysł i serce są najważniejsze. Jednak nagle odkryłam, że przyjemnie jest dbać również o swój wygląd, o swoją "powłokę". Chyba jednak zapędziłam się w tym za daleko. Wyjście z domu bez makijażu? Bez szans. Co tydzień nowa sukienka, bo przecież starą miałam już ubraną. Sterty nowych kosmetyków, chociaż stare prawie nie napoczęte.

Z moją przyjaciółką mamy taki żart: "Dzisiaj tylko lekki makijaż. Nie chce mi się za bardzo malować. Tylko podkład, róż, rozświetlacz, tusz do rzęs i kredka do brwi..."

Zaczynałam czuć się więźniem tego wszystkiego, co wcześniej sprawiało mi przyjemność. Upiększanie się pożerało tyle czasu, a ja bałam się, że jeśli na chwilę o tym zapomnę, to przestanę spełniać oczekiwania otoczenia.

Kobieta we Francji

Na szczęście, pewnego dnia wylądowałam we Francji na stałe. Okazało się, że dla mojej nowej rodziny jestem zjawiskiem ;) Codzienny makijaż, kosze z kosmetykami, sukienki na każdą okazję. Ile razy usłyszałam, że przecież nie idziemy na bal. Nigdy nie było to złośliwe. Oni po prostu byli bardzo zaskoczeni. Zaczęłam powoli obserwować inne kobiety i zauważyłam, że to jak wyglądają, to jest ich wybór. Nikt nie wywiera na nich presji żeby były piękniejsze, szczuplejsze, bardziej zadbane. Poczułam rozluźnianie gorsetu, o którego istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia. Zachłysnęłam się tym. Wskoczyłam w dresy i adidasy (nie do pomyślenia dla mnie w Polsce), spędzałam cały dzień bez makijażu. Co więcej - wychodziłam tak do ludzi ;) Co prawda, na początku, rozglądałam się na boki z niepokojem, czy przypadkiem nie strzeli  we mnie piorun, albo nie zawali się świat. O dziwo nic takiego się nie stało. 

Obserwowałam Francuzki i zaczynałam pałać coraz większą sympatią do ich podejścia do urody. Zawsze zadbane, ale naturalne. Klasyczny manicure, proste fryzury, bardzo delikatny makijaż. Ubrania wygodne i bez zbędnych dodatków. 

Zaczęłam bardziej skupiać się na pielęgnacji, niż na upiększaniu. Odzyskałam trochę czasu, który skradłam sobie sama, przez nadmierne wymagania stawiane swojej urodzie. Teraz widzę, że były to wymagania zupełnie niepotrzebne, które wcale nie pomagały mi czuć się bardziej kobiecą, czy szczęśliwszą.

A jakie są Wasze spostrzeżenia? Widzicie to co ja mieszkając w Polsce? Jeśli mieszkacie w innym kraju, to jak się to ma do polskiego steerotypu kobiecości? Do jakiego sposobu bycia jest Wam bliżej. Jestem szalenie ciekawa co o tym myślicie.

Witam Was pod pierwszym postem z cyklu "Podsumowanie miesiąca". Pomysł ten przyjął się na wielu innych blogach i mam nadzieję, że i u mnie okaże się stałym elementem grafiku. Podsumowywać będę miesiąc po kątem trzech głównych tematów mojego bloga, czyli emigracji, miłości i spełniania marzeń.
Zaczynamy! 

O emigracji

Jak pewnie pamiętacie, marzec rozpoczął się dla mnie pożegnaniem. Moja najlepsza przyjaciółka spędziła u mnie tydzień, po czym wróciła do Polski. Ten moment jest zawsze trudny i przypomina mi o tym, że podjęłam pewną decyzję, która ma wiele minusów. Jednak czas, który spędziłyśmy razem był magiczny i pozwolił mi postawić kolejny krok w oswajaniu Francji. Zobaczcie jak było nam dobrze razem:

Polki w Normandii

Zaraz po jej wyjeździe zaczęła się walka z biurokracją (a raczej jej kolejna część), bo okazało się, że sprawa mojego numéro sécurité social  nie jest wcale uregulowana. Walka wygrana, co spowodowało, że dostałam wiatru w skrzydła i uwierzyłam jeszcze bardziej w swoje możliwości. O całej historii możecie przeczytać Tutaj.

Na koniec marca odwiedziła mnie też koleżanka z liceum, która na codzień mieszka w Paryżu. Wspaniale jest móc pokazać "swoją" część Francji i zachwycić nią kogoś, kto mieszka w tym kraju już 4 lata. Rozpierała mnie duma z miejsca, w którym mieszkam. 


Normandia w słońcu

Przez cały marzec kontynuowałam też naukę języka francuskiego poprzez Skype z Justyną, z którą współpracuję od początku roku. Wspaniale jest słyszeć od swojej nauczycielki, że robi się postępy i praca nie idzie w las.

O Miłości

Tu na szczęście i na nieszczęście też nic się nie zmieniło ;) Nadal odliczam dni do powrotu mojego V. z Afryki. Są takie momenty, w których brakuje mi go każdą komórką mojego ciała. Przed pierwszą rozmową kwalifikacyjną, po pierwszym dniu pracy, w Święta Wielkiej Nocy. W nocy kiedy nie mogę zasnąć i kiedy odwiedzam jego przyjaciół. Czasami, kiedy czuję się wystarczająco silna, wchodzę na bloga Joasi i czytam jej post o byciu żoną żołnierza (TUTAJ) i płaczę. Z tęsknoty głównie, trochę ze strachu. Ale tylko wtedy, kiedy jestem w formie. W przeciwnym razie nawet bym się nie odważyła. Ale pocieszający jest fakt, że czas i tak płynie. Co najdziwniejsze - wydaje mi się, że płynie dużo szybciej niż ostatnim razem, kiedy mieszkałam jeszcze w Polsce. Jak mówi V. - najtrudniejsze już za nami. Połowa misji wykonana!


Odliczanie


O spełnianiu marzeń

Na emigracji marzenia są proste i przyziemne. Moim była praca. 4. marca odbyła się moja pierwsza rozmowa kwalifikacyjna i na drugi dzień otrzymałam telefon, że zaczynam za 2 tygodnie. Od tamtej pory pracuję w weekendy i od czasu do czasu w tygodniu.

Nie jest to marzenie spełnione bezboleśnie i "za darmo". Za mną codzienna, żmudna praca nad językiem. A to przecież jeszcze nie koniec. To utwierdza mnie w przekonaniu, że prawdziwe jest stwierdzenie, że marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia!

Zobaczcie jak pięknie wygląda widok z tarasu restauracji, w której pracuję:

Cabourg

Moim marzeniem, nad którym regularnie pracuję, jest też blog. Nie zależy mi co prawda na zarabianiu na blogowaniu, ale chcę go nieustannie rozwijać, uczyć się blogować i pisać. 
Jednym z najważniejszych wydarzeń marca w tym temacie, było przystąpienie do Klubu Polki na Obczyźnie (znajdziecie nas tutaj). Dodało mi to mnóstwo zapału i zainspirowało do kilku nowych projektów. Czuję, że to będzie wspaniała współpraca.

Klub Polki na Obczyźnie

Społeczność blogowa z końcem marca zaczęła żyć wydarzeniem Share Week. Jeśli chcecie dowiedzieć się o nim więcej, zapraszam na bloga twórcy tego pomysłu Andrzej Tucholski. Miłym zaskoczeniem było dla mnie wspomnienie o moim blogu przez jedną z blogerek, którą ja również odwiedzam - Chez la petite Polonaise. Co prawda w zgłoszeniu można wymienić tylko trzy blogi, a mój znalazł się zdecydowanie poniżej pudła, ale i tak bardzo mnie to cieszy.

Na blogu pojawił się również pierwszy konkurs, a Wy nadesłałyście kilka bardzo optymistycznych zgłoszeń. Dwie spośród Was zgarnęły nagrody - książkę "Siła Nawyku" i francuskie makaroniki. Liczę na zdjęcia z degustacji i recencję książki oczywiście!

Koniec miesiąca przyniósł też (kolejne już) zmiany w grafice bloga. Mam nadzieję, że tym razem nacieszą Wasze oczy trochę dłużej, bo jestem bardzo zadowolona z efektów. Nauka nie idzie w las!


Podsumowanie

Marzec był bardzo wyczerpującym miesiącem. Walka z urzędami i szukanie pracy wycisnęły ze mnie ostatnie soki. Ale dodały też wiary i nadziei na ułożenie mojego francuskiego życia. Uświadomiło mi to też, że marzenie o lataniu do Polski co 2 miesięce, nie jest realne. Praca, obowiązki, wszystko to sprawia, że wizja odwiedzin w kraju jest niesamowicie odległa. Kolejne zderzenie z emigracyjną rzeczywistością za mną. Z ciekawością wyczekuję wydarzeń, które przyniesie kwiecień.